TRAVEL

Co odkryłam na końcu świata?

Ziemia Ognista – kraniec Ameryki Południowej, odkąd pamiętam zawsze chciałam tu przyjechać… Być może lektura z wczesnego dzieciństwa ,,Dzieci Kapitana Granta” stała się zaczątkiem mojego planu. Teraz już wiem, że to jedyne takie miejsce na świecie. Tworzą je dziesiątki małych wysp, łącznie z przylądkiem Horn, dlatego zwiedzam te okolice głównie podczas rejsu na statku.
Po drugiej stronie globusa wszystko wygląda inaczej. Już nie szukam Gwiazdy Polarnej na niebie, tylko Krzyża Południa i nawet Księżyc inaczej układa się na nieboskłonie. Koniuszek Ameryki Południowej to surowa, smagana wiatrem ziemia, otoczona przez dwa oceany. Aż trudno uwierzyć, że Indianie Yamana całkiem dobrze radzili sobie tutaj jako myśliwi i zbieracze, dopóki nie wypatrzyli ich żeglarze Magellana, poszukujący nowych ziem. Ze względu na palone przez Indian liczne ogniska, Portugalczycy nazwali ten obszar Ziemią Ognistą. Tak zaczęła się biała ekspansja a potem  osadnictwo, które jak prawie wszędzie na świecie ma na swoim sumieniu krwawą rzeź rdzennych mieszkańców.
I choć minęło już ponad pięć  wieków odkąd biały człowiek wypatrzył Ziemię Ognistą, wcale tak wiele się tu nie zmieniło. Nadal dominuje dzika  przyroda, a najdalej na południe wysunięte miasto na świecie – Ushuaia (60 tys. mieszkańców) jest dziś przede wszystkim punktem wypadowym do wypraw na Antarktydę. W porcie stoją statki przygotowane na arktyczne wycieczki a tutejsze biura turystyczne zachęcają nawet na kajakowe weekendy na biegunie! Bo stąd jest najbliżej, tylko 1000 km (czyli jak z Gdańska do Monachium).
W Ushuaia subpolarny klimat oferuje raczej spokojne wahania temperatur. W lecie wynoszą średnio około 10 C ,  przy częstych opadach deszczu, w zimie od 0 stopni do -20 C. Roślinność tworzą głównie lasy bukowe i liczne krzewy, poniewierane wiatrami.  Ushuaia otoczona wysokimi szczytami stanowi atrakcyjny ośrodek narciarski, latem zaś  jest to wspaniały akwen żeglarski. Płynę w rejs po wodach kanału Beagle, gdzie łączą się dwa oceany, a liczne wysepki służą za miejsca odpoczynku dla fok, słoni morskich czy pingwinów. Szczególnie liczne są tu ptaki, ponad 200 gatunków  – gęsi, albatrosy, kondory i orły. Obserwacja ich za każdym razem jest dla mnie wyjątkowym doznaniem. W programie wycieczki jest także zwiedzanie  XIX wiecznego gospodarstwa, należącego niegdyś do anglikańskiego pastora Tomasa Bridgesa z żoną. Estancia Harberton to wyjątkowy przykład  jak pierwsi pionierzy potrafili być twardzi i  zdeterminowani.  Dziełem ich potomków jest także unikatowy ,,dom kości”, czyli antropologiczne muzeum ssaków morskich. Szkielety i czaszki wszelkich oceanicznych stworzeń (które zginęły z naturalnych przyczyn) łącznie z wielorybami,  spoczywają wszędzie dookoła jak u jakiegoś kolekcjonera kości. Wolontariusze, preparują zwłoki i czyszczą, a potem oprowadzają zwiedzających  po tym nietypowym przybytku, przypominającym prosektorium.
Tutaj wszystko jest inne, odległe, jakby pozostawione w minionym czasie. Co ważne, przestrzeń i przyroda  podlegają ochronie jako Parki Narodowe, zaś pingwiny  są tu najważniejsze, bo żyją tylko na półkuli południowej. Nawet mój hostel ma w nazwie pingwina.
Podróże kształcą i to jest oczywiste, a ja się wyedukowałam dodatkowo z wiedzy geograficznej, bo okazuje się, że latarnia morska na Kanale Beagle leży na tej samej szerokości geograficznej co Gdańsk, tyle że ona jest na południu a my na północy.
Gdańsk 54 stopnie 47”
– Kasia