Galicja
To mój siódmy dzień na Camino. Przekroczyłam granicę kolejnej pięknej krainy północno-zachodniej Hiszpanii, Galicji. Czy zrobiło się łatwiej? Absolutnie nie. Droga nadal prowadzi raz ostro w górę, jeszcze ostrzej w dół, a niektóre jej fragmenty doczekały się nawet własnych nazw.
Jednym z nich jest słynne wśród wędrowców ,,zbocze ropuchy” – kilometr drogi, na którym trzeba pokonać około 150 metrów przewyższenia. Niby tylko kilometr, ale nogi mają na ten temat własne zdanie…
Za to widoki wynagradzają wszystko. Idę przez sosnowe i eukaliptusowe lasy, mijam maleńkie wioski, stare kamienne ruiny szpitala dla pielgrzymów z XIV wieku. Po drodze trafiają się też małe, domowe gospody, w których można usiąść na chwilę, wypić kawę i zjeść pyszną tortillę. I wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że Camino to również te wszystkie małe przystanki i napotkani ludzie…
Dzisiaj przechodziłam też przez okolice, z których pochodzą słynne papryczki Padron, te same, które tak chętnie kupuję również w Polsce. Camino okazuje się więc nie tylko wędrówką, ale trochę lekcją geografii, historii i kuchni w jednym…
I wydarzyło się coś jeszcze. Po tygodniu wędrówki zauważyłam, że sześć godzin marszu dziennie przestało być wysiłkiem, który trzeba „zaliczyć”. Stało się rytmem dnia i przyjemnością. Człowiek wstaje rano, zakłada plecak i po prostu rusza przed siebie…I pomyśleć, że zostało mi już tylko około 130 km. A mnie po raz pierwszy robi się żal, że to już tak niewiele.
– Kasia
