Refleksja po Igrzyskach
Nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziłam tyle czasu przed telewizorem. A jednak było warto, bo Igrzyska to czyste emocje – wzloty, upadki, łzy, euforia… To piękna lekcja życia o sile, wytrwałości i pokorze…
Przegrywali faworyci – często przygnieceni presją oczekiwań. Wygrywali debiutanci, wolni od ciężaru „muszę”. Jak skoczek, 19-letni Kacper Tomasiak, który zachwycił świat trzema medalami. Albo panczenista, Władimir Semirunnij, który zdobył srebro dla Polski na 10 000 metrów, pokonując doświadczonych rywali.
Działo się. Brazylijczyk zdobył złoty medal w slalomie gigancie dla tropikalnej Brazylii i zatańczył sambę, jakby chciał przypomnieć Europie, że marzenia nie znają klimatu. Maryna Gąsienica-Daniel przegrała medal w gigancie o zaledwie 0,13 sekundy, bo czasem o wszystkim decyduje jedno mrugnięcie oka…
Było też dramatycznie w short tracku, gdzie kontakt z rywalem potrafi wszystko zepsuć i wyrzucić boleśnie na bandę …
A obok – cisza i skupienie w curlingu, tej dziwnej dyscyplinie w „rzucaniu czajnikiem”, która uczy strategii i współpracy…
Jaka życiowa lekcja płynie dla nas – zwłaszcza z porażek?
Presja sukcesu często opiera się na słowach: „Daj z siebie wszystko”. A przecież nic tak nie odbiera radości i nie paraliżuje, jak przymus bycia najlepszym. Co złego jest w spokojnej jeździe na rowerze albo bieganiu dla przyjemności? W robieniu czegoś tylko dlatego, że to kochasz?
Mędrcy mówią, że porażka to szczególny rodzaj szczęścia, którego sensu nie zdążyłeś jeszcze rozumieć. To ukryta droga, która prowadzi nas z powrotem do nas samych. To co dziś wygląda jak strata, niesie w sobie zalążek siły, mądrości i przebudzenia. Porażka przychodzi po to, by pokazać nam to, czego jeszcze nie widzimy…
Twój plan nie jest wrogiem. Wrogiem bywa tylko nasz wewnętrzny krytyk, który każe nam wierzyć, że wartość mierzy się jedynie wygraną.
– Kasia

