TRAVEL

Boskie Buenos czyli pierwszy przystanek w podróży do Patagonii

Po dwóch dniach podróży Warszawa – Zurich – San Paulo – Buenos, docieram wreszcie do stolicy Argentyny. Fawele, czyli dzielnice slamsów rozlały się na całej trasie od lotniska aż do centrum, co nie jest zbyt radosnym widokiem.Dalej nie jest wiele lepiej. 14 milionowa metropolia budzi raczej mieszane uczucia, od dawna nieremontowane bydynki, odpadający tynk na fasadach domów, wiele pozamykanych sklepów. Całkowity brak planu przestrzennego sprawił, że wszystko jest tu ściśnięte, pozbawione ładu i terenów zielonych. Sporo kiepskich, wysokich wieżowców.

W ścisłym centrum znajdziemy jednak wspaniałe secesyjne i neoklasycystyczne kamienice oraz monumentalne budowle, świadczące o minionej świetności stolicy i całej Argentyny. Niektóre do złudzenia przypominają Madryd i Paryż. W wielu z nich utworzono dziś galerie handlowe albo cukiernie i kawiarnie w stylu retro. W dawnym teatrze mieści się jedna z najpiękniejszych księgarni świata – El Ateneo Grand Splendid. Warty odwiedzin jest także cmentarz Recolete z wieloma znanymi  postaciami Argentyny, wśród których spoczywa Eva Peron, słynna Evita. To nie jest zwykły cmentarz, to bardziej miasteczko neceopolia, z bogatą sztuką dawnego Buenos, w postaci wysokich katafalków i pomników. Okres międzywojenny i lata 40 – te, gdy Argentyna należała do najbogatszych państw, przyciągał tu emigracje całego świata i wielu inwestorów.  Ponad 80 % mieszkańców Buenos stanowili Europejczycy! Obecnie to państwo w głębokim kryzysie, z wielką inflacją, bezrobociem, inwestorzy uciekają.

Turysta przybywający do Buenos Aires z krótką wizytą jak ja, może jednak spędzić czas całkiem przyjemnie. Hotel mam w samym centrum, z pokojami przerobionymi na lofty, gdzie śniadanie za ok 20 zł przynoszą do pokoju :). Miasto choć wielkie, łatwe jest w komunikacji, a punktów orientacyjnych w postaci obelisków nie brakuje. Przechodzę przez najszerszą, ośmiopasmową arterię świata (140m) Avenida de Julio, żeby znaleźć się w dzielnicy Microcentro, gdzie na wąskich uliczkach rozmieszczono stragany z tutejszym rękodziełem. Można kupić zestaw do jerba maty (indiańskiej herbaty z ostrokrzewu) minerały z pustyni Atacama, wyroby ze skory, słodycze i alkohol. Prawie na każdej z mniejszych ulic stoją naganiacze, wołając do znudzenia ,,cambio” ,,cambio” (wymiana) co przypomina mi czasy, gdy polscy cinkciarze wymieniali na rogu walutę. 

Argentyna to królestwo szczęśliwych krów, biegających wolno po pampasach, a co za tym idzie, najlepszych steków wołowych na świecie.  Nie dziwi zatem, ze w witrynie restauracji wiszą całe tusze wołowe, zachęcając mięsożerców do konsumpcji. Na mnie jako wegetariankę działa to raczej odstraszająco. Idę do baru z pierożkami empanadas, wypełnionymi farszem warzywnym. 

Argentyńczycy żyją nocą. Gdy zmierzcha ulice wypełniają muzycy, bębniarze i tancerze tanga. Miasto zamienia się w wielki spektakl muzyczny. Mężczyźni w ciemnych garniturach, kobiety w długich sukniach przywołują tańcem dawny czar epoki. Milonga jest tańczona niemal w każdym barze i skwerze a ja mam wrażenie, że tango pozwala  Argentyńczykom zapomnieć choć na moment o kryzysie. Choć Buenos Aires nie jest wcale boskie, a nazwa (pomyślne wiatry) nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, wspomnienia tego co najlepsze wciąż są żywe. 

– Kasia