Drugi dzień na Camino Primitivo
Camino Primitivo uczy pokory. I tego, żeby na nic za bardzo się nie nastawiać, bo droga i tak napisze własny scenariusz. Przede wszystkim szybko zrozumiałam, że dwadzieścia kilka kilometrów dziennie w Asturii, z plecakiem na plecach, to zupełnie co innego niż ten sam dystans po płaskim terenie. Tutaj podejścia i zejścia są właściwie stałym elementem marszu. A jeśli dodać do tego punkty widokowe, przy których po prostu trzeba się zatrzymać, kawę w małym barze i chwilę odpoczynku — robi się z tego całodzienna wędrówka.Ale za to jaka!
Idę przez maleńkie górskie wioski, dziś w większości niemal wyludnione, choć wiele z nich lata swojej świetności przeżywało na początku ubiegłego wieku. Mijam stare rzymskie mosty, przedromańskie kościoły, kamienne domy i drogi, którymi ludzie wędrowali na długo przed nami…
I prawie nikogo na szlaku.
Cisza, spokój, góry, pola i ja ze swoim plecakiem…
To chyba jedna z największych niespodzianek Camino Primitivo. Przez lata takich odludnych miejsc szukałam gdzieś daleko w świecie, a tu proszę, mam to w obfitości w północnej Hiszpanii. Można iść godzinami i nie spotkać człowieka…
Za to wieczorem Camino nagle staje się bardzo towarzyskie…
Wczoraj cudownym zwieńczeniem dnia był nocleg w Villa Palatina. Niby albergue, czyli schronisko dla pielgrzymów, a człowiek czuje się trochę jak w małym butikowym hotelu z restauracją. Niezwykły klimat tworzą właściciele, a wieczorem wszyscy goście siadają przy jednym stole do wspólnej kolacji. I nagle ludzie, którzy jeszcze rano byli sobie zupełnie obcy, rozmawiają jak dobrzy znajomi. Tatiana udziela nam całego zestawu cennych wskazówek na dalszą drogę i następnego ranka ruszamy dalej, każdy swoim tempem, ale już trochę razem.
Dzisiaj dla odmiany śpię w starym klasztorze, w którym urządzono albergue. I właśnie za to zaczynam lubić tę drogę jeszcze bardziej: nigdy nie wiadomo, gdzie skończy się kolejny dzień i kogo po drodze spotkam. A spotkania też potrafią zaskoczyć.
Dzisiaj w małym barze w Salas podeszła do mnie urocza dziewczyna i powiedziała:
— Leciałyśmy razem samolotem z Gdańska! A moja mama obserwuje panią na Facebooku!
No i jak tu nie wierzyć, że świat jest mały? Zrobiłyśmy sobie z Basią pamiątkowe zdjęcie, a ja mogę teraz z Camino serdecznie pozdrowić jej Mamę!
Tak wygląda ta droga. Trochę wysiłku, trochę ciszy, dużo przestrzeni, przypadkowi ludzie, którzy przestają być przypadkowi, i niespodzianki, których nie dałoby się zaplanować.
Może właśnie o to w Camino chodzi, żeby nie wiedzieć dokładnie, co czeka za następnym zakrętem. Po prostu iść.
A jutro? Kolejne 20 kilometrów.
I zobaczymy, co droga przyniesie.
– Kasia
