Świat w pigułce
Camino to świat w pigułce.
Im dłużej idę, tym bardziej zadziwia mnie, jak niesamowity międzynarodowy przekrój ludzi spotyka się na tej jednej drodze. To nie tylko Europejczycy. Na Camino naprawdę chodzi cały świat.
Są Australijczycy, Amerykanie, spotkałam ekipę z Argentyny i Puerto Rico… Różne języki, różne historie, różne powody, dla których ktoś pewnego dnia zakłada plecak i rusza przed siebie. A potem wszyscy spotykamy się na tej samej ścieżce, pijemy kawę przy jednym stole i narzekamy na te same obolałe nogi.
Wiekowo też jest ciekawie. Chociaż mam wrażenie, że najliczniejszy jest tutaj… klub seniora. 😄 Ludzie na emeryturze, tacy jak ja, którzy wreszcie mają czas, żeby ruszyć w świat. Jedni idą samotnie, inni parami. I muszę przyznać, że Camino we dwoje to chyba jeden z najlepszych testów związku, bo jeśli nadal się lubicie po kilkudziesięciu kilometrach, w deszczu, zmęczeni, z ciężkim plecakiem i bez wygód, to chyba można już razem wszystko. 😂
Ale fascynujący są nie tylko pielgrzymi. Równie ciekawe historie mają ludzie, którzy zatrzymali się przy Camino na dłużej.
Dzisiaj w hostelu Bodenaya przywitała mnie Alison, Amerykanka, która zostawiła swoje życie w USA i przeniosła się tutaj, żeby prowadzić hostel dla wędrowców…
A kawałek wcześniej francusko-hiszpańskie małżeństwo wystawiło przed swoim gospodarstwem kawę i zimne napoje dla przechodzących piechurów. Bez cennika, bez kasy. Po prostu: „co łaska”.
Właśnie to zaczynam lubić w Camino. Przychodzi się tutaj dla drogi, krajobrazów, ciszy, może po odpowiedzi na jakieś własne pytania… a po drodze dostaje się jeszcze coś zupełnie nieplanowanego — ludzi z całego świata. Z ich historiami, życzliwością i pomysłami na życie…
I nagle okazuje się, że idąc samotnie, właściwie ani przez chwilę nie jest się samemu.
– Kasia 😘
Im dłużej idę, tym bardziej zadziwia mnie, jak niesamowity międzynarodowy przekrój ludzi spotyka się na tej jednej drodze. To nie tylko Europejczycy. Na Camino naprawdę chodzi cały świat.
Są Australijczycy, Amerykanie, spotkałam ekipę z Argentyny i Puerto Rico… Różne języki, różne historie, różne powody, dla których ktoś pewnego dnia zakłada plecak i rusza przed siebie. A potem wszyscy spotykamy się na tej samej ścieżce, pijemy kawę przy jednym stole i narzekamy na te same obolałe nogi.
Wiekowo też jest ciekawie. Chociaż mam wrażenie, że najliczniejszy jest tutaj… klub seniora. 😄 Ludzie na emeryturze, tacy jak ja, którzy wreszcie mają czas, żeby ruszyć w świat. Jedni idą samotnie, inni parami. I muszę przyznać, że Camino we dwoje to chyba jeden z najlepszych testów związku, bo jeśli nadal się lubicie po kilkudziesięciu kilometrach, w deszczu, zmęczeni, z ciężkim plecakiem i bez wygód, to chyba można już razem wszystko. 😂
Ale fascynujący są nie tylko pielgrzymi. Równie ciekawe historie mają ludzie, którzy zatrzymali się przy Camino na dłużej.
Dzisiaj w hostelu Bodenaya przywitała mnie Alison, Amerykanka, która zostawiła swoje życie w USA i przeniosła się tutaj, żeby prowadzić hostel dla wędrowców…
A kawałek wcześniej francusko-hiszpańskie małżeństwo wystawiło przed swoim gospodarstwem kawę i zimne napoje dla przechodzących piechurów. Bez cennika, bez kasy. Po prostu: „co łaska”.
Właśnie to zaczynam lubić w Camino. Przychodzi się tutaj dla drogi, krajobrazów, ciszy, może po odpowiedzi na jakieś własne pytania… a po drodze dostaje się jeszcze coś zupełnie nieplanowanego — ludzi z całego świata. Z ich historiami, życzliwością i pomysłami na życie…
I nagle okazuje się, że idąc samotnie, właściwie ani przez chwilę nie jest się samemu.
– Kasia 😘
