Pierwszy dzień…
Pierwszy dzień Camino za mną. 25 kilometrów drogi… i już wiem, że tutaj nie chodzi tylko o kilometry.
Najpierw Oviedo i pierwsza lekcja uważności: wypatrywanie muszelek wtopionych w chodniki, żółtych strzałek na murach i znaków na skrzyżowaniach. Trzeba być czujnym, bo chwila nieuwagi i już idziesz nie tam, gdzie trzeba.
Na szczęście mieszkańcy są niezwykle życzliwi. Gwiżdżą z okien, kiedy widzą, że pielgrzym pomylił drogę, wołają, żeby zawrócić, a nawet zatrzymują samochód, żeby wytłumaczyć, którędy iść. Niby drobiazgi, a od razu człowiekowi robi się cieplej na sercu.
Potem miasto zostaje za plecami i zaczyna się zupełnie inny świat. Malownicze wioski, pasące się bydło, figowce i jabłonie uginające się od owoców. Wzgórze za wzgórzem, podejście za podejściem… Camino Primitivo szybko przypomina, że uchodzi za wymagający szlak…
Ale droga to także ludzie. Co jakiś czas idzie się z kimś kawałek, rozmawia, poznaje ludzi z różnych krajów. I ze zdziwieniem odkrywam, że wielu z nich nie idzie Camino po raz pierwszy. Przeszli już inne szlaki i wracają…
Mówią, że Camino uzależnia.
Muszę sprawdzić, jak będzie ze mną.
Na razie najbardziej podoba mi się to, jak ta droga zmusza do bycia tu i teraz. Patrzysz pod nogi, szukasz muszelki, strzałki, miejsca, w którym trzeba skręcić. Zauważasz źródło z wodą, ławkę w cieniu, mały bar, widok, przy którym warto się zatrzymać…
Nie wybiegasz myślami daleko do przodu. Interesuje Cię następny znak, następne wzgórze, następny krok…
Camino jest czymś więcej niż wędrówką. Uczy, że nie zawsze trzeba wiedzieć, jak wygląda cała droga..
– Kasia



